Komentarze (0)
Komentuj

Dzień 0

2009-08-02

O godzinie 11.30 gdy natenczas słońce na zenicie zawisło przyjechawszy ja do ziemi italijskiej, by związać się z nią na następne 11 miesięcy. Jadąc tu nastawiałem się na najgorszy z możliwych upałów. Całe szczęście jest całkiem normalnie bo 32 w cieniu. Pierwsze spostrzeżenie dnia dzisiejszego to włoskie autostrady.
Jako gnojek zachwycałem się kiedyś niemieckimi... Włoskie są jednak dużo fajniejsze. Jedzie się albo mostem 50m nad przepaścią, albo tunelem. I tak bez końca. Skąd ci makaroniarze mieli zapał by zrobić takie kokodżambo? Jednocześnie nasuwa się myśl, że jeśli dróg będzie im ciągle przybywać, to za przykładem angoli zabetonują sobie cały kraj. No ale to już ich sprawa.
Teraz słów kilka o prawdziwej włoskiej niedzieli. Otóż. Włochy + niedziela + gorąco = 0 człowieka na ulicy, zero sklepów otwartych, niemal wszystkie okiennice domów pozamykane. Perugia sprawia wrażenie zupełnie opustoszałej. Na głównej ulicy można położyć się i zdrzemnąć 5 minut. Jest duże prawdopodobieństwo, że nic Ciebie nie przejedzie:) I wprawdzie odwiedzanie sklepów w niedziele nie jest czymś, co uważam za słuszne, ale dziś bez chlepka i wody byliśmy z Irkiem "In caso di la necessito". Przez godzinę szukaliśmy bezustannie. W końcu wypatrzyliśmy w oddali stacje benzynową. Biegliśmy na próżno. Zamknięta...
Heheh byłem też dzisiaj na pierwszej włoskojęzycznej Eucharystii... I niesamowicie ucieszyło mnie to, że na ławkach przygotowane przed Mszą leżały takie ichne "Dnie Pańskie" z wydawnictwa Świętego Pawła. Zatem tylko niektóre modlitwy były "w stylu ryby". Teraz zbieram się by pójść spać, ale zdaje się że to trochę zajmie. Wcześniej Irek mi opowiadał, że jego siostra która już od paru lat studiuje u makaroniarzy, niekiedy mroziła w zamrażarce butelki z wodą i okładała nimi pościel na noc by móc zasnąć. Opowiastek tych słuchałem z przymrużeniem oka, ale teraz czuję, że to może być święta prawda.
Jest już po jedenastej, ciemno za oknem a w domu skwar jak w piekarniku. Cóż tu robić. Trzeba choć spróbować:)


Komentarze (0)
Komentuj

Dzień 1

2009-08-03

Okazuje się, że spać się tu da. Starczą dwa prześcieradła i poduszka. Jest całkiem ok.:) Dziś napisaliśmy test. Nie napisałem prawie nic, czym utwierdziłem się w przekonaniu że należę do "Beginnerów".
Perugia. Brak słów. Ale spróbuję. Miasto leży na kilku bardzo wysokich i stromych wzgórzach. Jest niezbyt duże, ale starówkę ma gigantycznych rozmiarów. Mam wrażenie, że niemal wszystkie budynki pamiętają czasy Michała Anioła, świętego Franciszka a może i Konstantyna. Uliczki są niezwykle wąskie, strome i pokręcone. Eksploracja może zająć nawet kilka tygodni więc lepiej zabiorę się do tego od dzisiaj. Mam to szczęście, że idąc na uczelnie muszę przejść przez całą starówkę. Mam taki pomysł, by codziennie iść nieco inną drogą. Zobaczymy, czy coś z tego wyjdzie.
I zaczęło się... Ponoć erasmusi dużo imprezują. Chyba to prawda bo już dziś zorganizowali nam pierwszą imprezę. Ale poza tym, że towarzystwo było międzynarodowe, to czułem się jak w Polsce. Tłoczno i duszno. Muzyka raczej mocno odbiegała od latino i od roc'n'rolla więc kręciłem się na parkiecie wciąż czekając aż DJ oprzytomnieje a tłok się rozluźni. Nie było źle, ale następnym razem rozejrzę się za czymś innym:P
Dobrych snów (dla mnie i dla wszystkich którzy czytają to późno w nocy).


Komentarze (0)
Komentuj

Dzień 2

2009-08-04

Przeżywszy dnia dzisiejszego pierwszy test moich lingwistycznych umiejętności. Z wielkim uśmiechem i niekrytą satysfakcją mogłem wyśpiewać przygotowaną wcześniej sentencję "Non parlo italiano", potwierdzić to kilkoma "Si Si" i było już po wszystkim. Ponieważ dzień był pochmurny i temperatura nie przekraczała 30 stopni, aura była zachęcająca do poznawania okolic. Dałem powieść się fantazji i zgubić się w labiryncie Perugiańskiej starowki. A nalezalo by tutaj wspomniec, ze Perugia to gigantyczna starowka i praktycznie nic pozatym.
Po poludniu ogloszenie grup i oczekiwana wiadomosc: "Poczatkujacy" :D:D:D. No tak - jakzeszby przecie inaczej:) Wieczorem za namowa Clary poszlismy na reef. Ale nie doszlismy. Przez 2 godziny szukalismy wyjscia ze starowki. Bezskutecznie. A dla wytlumaczenia: reef to takie nieoficyjalne spotkanie w parku przy piwie i muzyce. Moze i dobrze ze nie wypalilo bo jutro zaczynaja sie zajecia. I to o 8 rano. Myslalem ze Wlosi nie sa w stanie wstac tak wczenie...

A! Jeszcze spostrzezenie na deser. Ludzie bedac wyjechawszy na erasmusie zachowuja sie deczko inaczej. Od samego poczatku zachodzi eksplozja nowych znajomosci. Mam wrazenie ze kazdy czuje sie wystarczajaco wyalienowany, przez co zmotywowany by zawierac znajomosci w ekspresowym tempie. W stylu: Czesc! Widzialem Ciebie w pociagu! Hej! Widzialem Ciebie jak zabladzilas 3 dni temu na starowce! Itd. Czuje ze wszyscy wyszukuja pretekstow byleby sie zapoznac. Wiec me wieczorne spostrzezenie jest nastepujace: jesli jedziesz na erasmusa i boisz sie ze bedziesz sam / sama, to ja Trochim mowie ze wcale nie musisz poznawac ludzi, bo predzej czy pozniej oni zapoznaja sie z Toba:P


Komentarze (0)
Komentuj

Dzień 3

2009-08-05

Mamma mia! "Ciao! Mi chiamo Adam e sono Polaco! Io studio Ingeneria Automatica e Robotica. Io sono in Italia per imperare la lingua italiana". Tyle mniej wiecej potrafie powiedziec (wydukac) po dzisiejszych zajeciach "Lingua italiana". Jak narazie powiedzenie czegokolwiek sprawia ogromy bol ale mam nadzieje ze to tylko kwestia czasu. Ale z tego co me sprytne ucho wyslyszalo, wszyscy z mojej grupy mieli juz do czynienia z podstawmi wloskiego.
Niemniej jednak ciesze sie ze zaczynam tak a nie inaczej. Jest ryzyko - jest zabawa:)

Z uwagi na to ze dziwnym zbiegiem okolicznosci trzymamy sie z Hiszpanami - o Hiszpanach slow kilka. Pierwsze spostrzezenie: szczesciarze. Nawet jesli nigdy wloskiego sie nie uczyli, potrafia rozgryzc o co chodzi i jesli maja szczescie trafiwszy na inteligentnego Wlocha, maja szanse sie dogadac. Po drugie. Dziwni tacy jacys. Szokuja mnie swoja otwartoscia ale jednoczesnie zastanawiam sie na ile trwala moze byc ekspresowa znajomosc z Hiszpanem.
Po trzecie: szastaja pieniedzmi na lewo i na prawo. Stypendium mają wprawdzie tak niskie jak my, ale nikt nie wie ile paździochów z domów muszą dostawać...
Trzymac sie z Hiszpanami jest bardzo sympatycznie, ale jesli nie podejdzie sie do sprawy wystarczajaco umiejetnie, mozna po tygodniu byc kompletnie splukanym:P Jesli juz jestesmy przy temacie pieniedzy, to wlasnie odkrylem ze na koncie pojawilo sie kilka "zielonych". Co za radosna nowina! Lece na zakupy. PS. Makaroniarze maja chleb jeszcze bardziej obrzydliwy niz Angole (!).


Komentarze (0)
Komentuj

Dzień 4

2009-08-06

Gdy rozmawialem z ludzmi, ktorzy mieli juz ta przyjemnosc wyjechac na Erasmusa, wszyscy byli zgodni co do jednego. Nie ma dnia bez imprezy. No i ta okrutna prawda znajduje tu potwierdzenie. Zawsze znajdzie sie ktos (przewaznie ktos z hiszpanii) kto nie ma ochoty na nauke. Co do hiszpanow to zauwazam ze sa mistrzami w marnowaniu czasu. Gdy po zajeciach klada sie spac (siesta) nigdy nie nastawiaja budzika. A gdy sie budza o jedenastej, to biora prysznic i ida sie pobawic. No i cisniecie naszej males spolecznosci jest dosc duze by jechac tym systemem. Do czego zmierzam. Wczoraj zamiast pojsc na kolejne party, zostalem w domu by sie pouczyc... Nastepnego dnia bylem najbardziej dumnym kujonem swiata, bo 6 godzin zajec bylo dla mnie prawdziwa przyjemnoscia. Bene bene benissimo. Tak wiec powoli mi sie zaczyna Wloski wciskac do lba. Zaczynam nawet prowadzic pierwsze niesmiale konwersacje na ulicy. Wyglada to bardzo smiesznie, bo najpierw pytam sie o droge, pozniej prawie nic nie rozumiejac mowie 100 razy "Si!", a pozniej sie zastanawiam co czlowiek mial na mysli:)


Komentarze (0)
Komentuj

Dzień 5

2009-08-07

Po pierwsze primo nareszcie znalazlem jako-taki supermarket. Jest polozony 2 kilometry na zachod i pol kilometra ponizej poziomu naszego mieszkania (Perugia to jedno, okropnie strome wzgorze). Kupiwszy tutejsze mieso i zrobiwszy kotletow na 2 tygodnie:P Zachecony sukcesami dnia poprzedniego i wystraszony iloscia materialu, ktory nam wpompowano przez wczorajsze 6 godzin, postanowilem znow sie pouczyc.
Do 1 w nocy prerobilem polowe i dzis na zajeciach czulem sie jak oszolom. Co najsmieszniejsze po zajeciach kumpel podchodzi do mnie i mi mowi, ze super poradzilem sobie z dyskusja po wlosku. A ja mam wrazenie ze im wiecej sie ucze tym bardziej to dla mnie wszystko pokrecone. Zmora jezyka Wloskiego sa "articoli indeterminativi" oraz "articoli determinativi", jak la il lo gli l degli della delli le lei itd. I kto niby jest w stanie to wszystko ogarnac?! Wujek Jozek?! Wiec gdy dzisiejsze zajecia dobiegly konca, czulem sie z tego powodu najszczesliwszym czlowiekiem na Swiecie:) Cale szczescie ze wlasnie rozpoczal sie weekend. Moze majac wiecej czasu, jakos to sobie poukladam we lbie. Najprawdopodobniej jutro jedziemy nad morze - to jakies 2 godziny pociagiem.

Enigma rozszyfrowana! Z niekrytą satysfakcją mogę oznajmić, że zacząłem kumać niedawno znienawidzone rodzajniki. Mało tego. Mam wrażenie, że poza rodzajnikami nie ma zbyt dużo gramatyki. Wpompowałem do głowy kolejną porcję włoskiego, więc przyszedł też czas na nagrodę. Wraz z Clarą (hiszp.) popełniliśmy dziś zakupy na potrzeby jutrzejszego wyjazdu. A że dziewczyna energii ma mnóstwo to wieczorem spotkaliśmy się u niej by dokonać konsumpcji na hiszpańskim omlecie. Adesso siamo molto stanki. Domani andiamo alla spiaggia!


Komentarze (0)
Komentuj

Dzień 7

2009-08-09

No i powróciwszy z przygody. Wszystko było super. Pierwszy raz w życiu kąpałem się w takiej zupie! Coś wspaniałego - tylko troszke za słone. Też pierwszy raz w życiu, będąc na plaży cały dzień nie nudziłem się (!). Później pożywiwszy się kebem (o skutkach ubocznych wspominać nie będę), zakupiwszy wino i wyznaczywszy warty przekimaliśmy na plaży. A ciepło było! Jak w Polszy w dzień... No i wróciwszy. Słowem bomba. Ale.
Doszło również do pierwszej konfrontacji na punkcie wiary. Z czego z jednej strony bardzo się cieszę, bo wreszcie mogłem się wygadać. Z drugiej zaś strony zostałem uświadomiony, jak ogromnie młodzież krajów tzw. "Postępowych" uwikłana jest w grzech. Nie da się tego inaczej określić jak zastraszające. Nie wiem, kto im te brednie pompuje do głowy, ale widzę jak na moich oczach rosną zagorzali zwolennicy aborcji, obrońcy homoseksualistów i przeciwnicy Kościoła (a mam wrażenie że to tylko wierzchołek góry lodowej). Mamy wszyscy mniej więcej tyle samo lat, a widzę jak bardzo są oni poplątani w swej filozofii życiowej. Kto im to zabrał!? Najgorsze, że w tym całym galopie jedni drugim coraz bardziej serca wypaczają. No trudno. Jeśli będą chcieli gadać to zrobie to z wielką przyjemnością.


Komentarze (0)
Komentuj

Dzień 8

2009-08-10

Dziś wraz z naszą Panią i z wszystkimi dziećmi poszliśmy na wycieczkę. Obeszliśmy centrum Perugii i mogliśmy posłuchać co, kiedy i dlaczego. Z jednej strony to fajne to było bo praktycznie wszystko rozumiałem. Z drugiej zaś, choć pytań mieliśmy mnóstwo, nikt nie zadał ani jednego bo nikt zdaje się po 3 dniach nauki nie był w stanie. No ale wszystko przed nami.
Korzystając z okazji, że wycieczka była pierwszym i ostatnim punktem dzisiejszego programu, polazłem zrobić zakupy (ostatnio znalazłem sklep gdzie da się kupić bagietkę - zjadliwą - za euro i kurczaka za 5). Wymyśliło mi się bowiem zrobić kurczaka a tym samym zrewanżować się Clarze za hiszpańskiego omleta.

Po południu zaś udałem się do Kate. Już tłumaczę. To współlokatorka wspomnianej już kilkakrotnie Clary - Brytyjka. Dziewczyna niesamowita pod tym względem, że 24 godziny na dobę próbuje używać wyłącznie języka włoskiego. Wczoraj zaś po mszy wpadliśmy na pomysł, że możemy przecież codziennie spotykać się na godzinę - dwie by rozmawiać wyłącznie po Włosku. No i dzisiaj była inauguracja "Kate University". Nie było to łatwe - cały czas brakowało nam słów więc po 2 godzinach mieliśmy wypisane 2 kartki nowych słówek. Ale cieszę się szalenie. Może za tydzień dwa będziemy mogli porozmawiać nawet o wpływie ocieplania klimatu na warunki lęgowe sójki zwiczajnej:)

Stanowczo za dużo do opisania po dzisiejszym dniu. A pozostały jeszcze 2 punkty. Allora. Clara znów pokrzyżowała plany robiąc nam dzisiaj kolejny hiszpański obiad. Więc zabawę z kurczakiem przekładam na jutro. Allora 2. Mamy niesamowite szczęście bo dzisiaj (10 sierpnia) jest święto św. Lorenza. A jest to patron Perugii. Co za tym idzie, dzisiaj w mieście wielka biba. Nie wypadało więc przepuścić takiej okazji. Na początku grała jakaś turecka kapela. Szkoda tylko że krótko, bo mamy tu trochę tureckich koleżanek, a one to już się znają na tureckich tańcach:) A głównym punktem wieczoru była gimnastyka artystyczna. No i było na co popatrzeć. Szkoda tylko że po godzinie nieziemskich akrobacji zepsuł im się silnik który podnosił ekipę do góry i na pół godziny wszyscy zawiśli w powietrzu:P
Takie to już akcje z makaroniarzami...


Komentarze (0)
Komentuj

Dzień 9

2009-08-11

Ubiłem kurę i zrobiłem kolację. Zabawne bo brakowało mi połowy przypraw, a pieprz uzyskiwałem za pomocą młotka. A i tak kurczak się udał i naszym Hiszpanom chyba niezwykle smakował:)
Poza tym to dzisiaj późnym wieczorem przyjeżdża siostra Irka. Znów się będzie trzeba bawić. Co za życie.


Komentarze (0)
Komentuj

Dzień 10

2009-08-12

Dziś zaistniała taka akcja, że trafiłem chyba na pana pedała. Allora. Kilka dni temu gdy wracałem z zakupów i byłem sam jeden na chodniku a na ulicy nie było natenczas samochodów przejechał jeden (zdaje mi się) fioletowy opel corsa i zatrąbił na mnie. No i myślę sobie - nie znam człowieka! Ale może coś mu się pomylyło...
Wczoraj idąc na uczelnię przechodziłem właśnie przez jezdnię na skrzyżowaniu gdy (zdaje się) ten sam opel corsa zatrzymał się na samym środku skrzyżowania (kompletnie blokując ruch) i zatrąbił na mnie. Otwiera okno i chce gadać. Myślę. Cholera może mam paranoję - może to tylko jakiś typ chce spytać o drogę. Podchodzę. A on (obleśny typ po pięćdziesiątce) zaczyna gadkę. A skąd. A co robię w Perugi. A o której kończę. Po tym pytaniu miałem zamiar powiedzieć mu co myślę o tej akcji ale nie znałem włoskich słów by to zwerbalizować. Zamiast tego zrobiło to 30 kierowców którzy utknęli w korku. No i typ zwiał. Zanim jednak to zrobił zdążył mi zaproponować bym wsiadł i pojechał z nim. (...) Heh dziewczyny tarzały się ze śmiechu jak im to opowiadałem. Wszystkie oprócz Charlotte. Okazało się że miała podobną przygodę. Gdy opisała jak owy typ wyglądał okazało się że to raczej jeden i ten sam. Ohyda. Następnym razem (oby następnego razu nie było:) może uda mi się chociaż zapamiętać numer tablic rejestracyjnych.
Poza opisaną akcją dzień jak co dzień. Szkoła, kombinowanie co zjeść i jak by się nie spłukać i wieczór w międzynarodowym towarzystwie. Siostra Irka - z którą poszliśmy wczoraj na disco, choć jest od nas o rok młodsza, od 3 lat studiuje we Włoszech. No i miałem okazję podukać sobie z nią po włosku i nauczyć się kilku nowych rzeczy. Wspaniale by było mieć taką osobę zawsze pod ręką:) Byłbym gadał po miesiącu.


Komentarze (0)
Komentuj

Dzień 11

2009-08-13

Dziś zamierzam moje przemyślenia wpuścić do Internetu. Tak. Najwyższy czas by kupić kawę za paździocha i serwować do woli. Choć nie mam pewności że to dobra chwila na to. Allora. Plan zajęć jest bardzo niepozorny. Od poniedziałku do czwartku mamy po 6 godzin zajęć, w piątek dwie a w poniedziałek mamy wycieczki. Zdawać by się mogło że to nie dużo. Ale bardzo łatwo zauważyć że każda godzina zajęć wymaga następnych dwóch godzin samodzielnej pracy w domu. Dołączając do tego Kate University i moją niczym nieograniczoną ciekawość okazuje się, że na naukę trzeba poświęcić całe dnie. No ale wieczory... :)
Zjawisko nauki języka (gdy jest to twoja pasja) jest bardzo ciekawe. Niegdyś ucząc się angielskiego, wystarczało mi 15 nowych słówek tygodniowo. Jakoś przez pierwsze kilka lat nie czułem się sfrustrowany, że nie potrafię skonstruować zdania. Tutaj sprawa wygląda nieco inaczej. Gdy od początku nauki chcesz / musisz rozmawiać, co chwila brakuje jakiegoś (super ważnego) słowa. To daje taką mobilizację, że dziennie poznaje się (i oczywiście zapomina) dziesiątki słówek, zwrotów i konstrukcji gramatycznych. I jakieś nie jest to męczące bo od razu przynosi wielką satysfakcję. Nie chwaląc się, dziś na przerwie zapytał mnie się jeden Turek od jak długiego czasu uczę się włoskiego. Heehheh ciekawy był jego wyraz twarzy gdy mu powiedziałem, że uczę się dokładnie tak długo jak on:)
Trzymając się tematu nauki, mieliśmy wczoraj na zajęciach piosenkę nijakiego Lorenzo. Hehhe nie zrozumiałem nawet słowa. Ale sobie przypomniałem, że ściągałem niedawno mamie kilka płyt Andrea Bocelli i ze chyba jeszcze Antek gdzieś na dysku siedzi. No i sprawdzam dzisiaj i faktycznie! Był! Kurcze ale chłopak ma głos nieziemski! A śpiewa tak czysto, że mam wrażenie, że zrozumieć mogę wszystko jeśli się bardzo postaram. Więc od dzisiaj do szkoły, Kate University, oglądania HI-MEN'a dorzucam kolejny bodziec:)

PS. No i poszedł Adasiowy pamiętnik w świat. Współczuje wszystkim czytającym. Sam bym takiej dawki nie wytrzymał.

PPS. Zdjęcia. Dokładnie wiem, że ich bardzo tutaj brakuje, ale odkąd Irkowi ukradli aparat nie mam zbyt możliwości własnych fotek posiadania. Ale postaram się coś z tym zrobić, bo zdaje się, że mam całkiem dużo fotek u innych ludzi.

PPPS. Ciao!


Komentarze (0)
Komentuj

Dzień 12

2009-08-14

Jak wszystko dobrze się ułoży i się wyśpię, jutro o 4 rano wychodzę do Asyżu. Spędzić tam święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny to nie lada zaszczyt. To wprawdzie tylko 26 kilometrów ale kto powiedział, że się nie zgubię.
W Asyżu będą już moi znajomi. Zobaczę jak sytuacja się rozwinie. Może powłóczę się z nimi, może wejdziemy wspólnie na jakąś górkę. Zapowiada się wspaniały dzień.

PS. Ciekawostka. Byłem wczoraj (miałem czasu przecie mnóstwo) w kościele. Trafiłem na mszę połączoną z liturgią godzin. Super. Rozkręcam się. Zaczynam nawet rozumieć pojedyncze frazy. A tak się dziwnie składa, że tutejszy Padre zawsze ma ochotę na kazanie. Więc siedzę i kiwam głową (w kaplicy zwykle nie ma dużo osób więc ojczulek ten często spogląda na mnie - no więc wtedy ja kiwam w geście uznania. Io capisco! Tutto! Tutto Certo!:)


Komentarze (0)
Komentuj

Dzień 13

2009-08-15

Ja, mój budzik, 4.45 rano i jedna myśl - "nie chcę wstawać i wystawiać dzioba za drzwi". Powoli jednak coś zaczęło docierać do mózgownicy. Coś w stylu "pozbieraj się do kupy idioto". Zbieranie się zajęło mi godzinę, ale ostatecznie przed szóstą wyszedłem w podróż. Temperatura mi sprzyjała, na ulicach nie było żywej duszy więc szło się bardzo miło. Nie wyszedłem nawet ze starówki gdy pierwszy raz zbłądziłem. Coś tak czułem, że biorąc pod uwagę poczucie humoru makaroniarzy, jeszcze nie raz zbłądzę. Jak się później okazało - miałem rację. Początkowo przemierzałem podmiejskie uliczki. Wszystko pogrążone we mgle. Zaspane i bardzo piękne. Dookoła mnóstwo zieleni. Gdzieniegdzie dojrzewające figi, winogrona a nawet granaty. Rośliny piękne, rozłożyste i kojące serce zaspanego wędrowcy. Tak i doszedłem do granic miasta, gdzie dalej szlak prowadził wzdłuż Tybru. Przepiękna ścieżka, lecz tu już można było spotkać ludzi.
Kilka słów o mojej naturze: "Zakręcony jak świnia, ślepy jak kret i uparty jak osioł". Już tłumaczą dlaczego. Gdy podążałem ścieżką wzdłuż rzeki, oznakowanie szlaku pojawiało się bardzo rzadko. Ale że byłem w bardzo dobrym nastroju, zacząłem uczyć się słówek. No i tak się zdarzyło, że przez jakieś 3 km nie ujrzałem żadnego znaku. Ale nie chciałem się pytać ludzi, wierząc w moc swojej inteligencji. Gdy po 4 km w końcu się spytałem, okazało się że nieźle zaszedłem w swojej fantazji. Cóż. Trzeba było się cofnąć. Zajęło mi to jakąś godzinkę ale i tak nie znalazłem miejsca gdzie miałem skręcić. Więc zawróciłem raz jeszcze, szukając jakiejkolwiek dróżki w prawo. No i jedyne co znalazłem to niemal niewidoczna ścieżka przez pole kukurydzy. Zaryzykowałem i co się okazało? Że po chwili ujrzałem znaki szlakowe! Najwidoczniej rolnikowi nie pasowało mieć szlaku turystycznego na swoim polu i zasadził tu kukurydzę. Fundując mi 1,5 godz. zabawy. Później przez okrągłą godzinę podążałem wiejską dróżką. Słońce było już wysoko a dookoła mnie nic innego jak pola kukurydziane i chatki. Zero cienia. Gdy więc znalazłem pierwsze drzewo zrobiłem sobie pod nim godzinną sjestę. Wszystko już zaczynało mnie boleć, więc była to najprzyjemniejsze sjesta w moim życiu. Ludzie przejeżdżający na rowerach uśmiechali się i machali - bardzo mili ci wioskowi makaroniarze.
Godzina 12.00. Wznawiam marsz, i spotykam na drodze jednego człowieka który mi tłumaczy, że mogę mieć problemy bo w miejscu gdzie przebiega szlak, budują właśnie nową drogę. Mam jednak szczęście, że jest święto. Cały sprzęt jest pozostawiony na miejscu, na placu budowy nie ma żywej duszy więc jak pan majster przechodzę przez sam środek, nie robiąc sobie nic z tego. Odechciało mi się wnikać w szczegóły. Ważne że doszedłem i mogłem się nacieszyć pięknem miasta i bliskością grobu św. Franciszka. Co ciekawe wracając autobusem spotkałem mych hiszpańskich towarzyszy wracających z pobliskich wodospadów.


Komentarze (0)
Komentuj

Dzień 14

2009-08-16

Dziś nie robiłem nic poza pisaniem tego badziewia, uczeniem się języka i spaniem. Dziś było okropnie gorąco. I choć termometr wskazywał (tylko) 30 stopni, to był silny wiatr. Pierwszy raz w życiu miałem okazję poczuć wiatr, który nie chłodzi, a wysusza wszystko co napotka na swojej drodze.


Komentarze (0)
Komentuj

Dzień 15

2009-08-17

W ramach zajęć pojechaliśmy do miejscowej fabryki słodyczy "Perugina". Gigantyczny zakład, świetnie wyposażony. Może i cała reszta się nudziła, ale ja miałem niesamowitą frajdę. Takie fajne robociki tam byli..


Dzień 16

2009-08-18

Zajęcia + Kate University + Powtórki = l'lingua italiana nieprzerwanie od 7 rano do 23. I znów nie zdążyłem pójść do kafejki, by się połączyś ze światem.
Zdążyłem za to pójść na urodziny do Paul'a. I bardzo mnie to cieszy po pierwsze primo dlatego, że już od kilku dni nigdzie nie wychodziłem, po drugie primo dlatego że mogłem się wreszcie nagadać się po włosku.
A mam nieustanny głód gadania, bo ludzie z mojej grupy (jesteśmy grupą najbardziej początkujących:P) niezabardzo chcą próbować ze mną gadać. A na wszelakich imprezach ludzi do rozmowy jest zawsze mnóstwo:)


Komentarze (0)
Komentuj

Dzień 17

2009-08-19

Z moich obliczeń wynika, że już tylko tydzień został do testu kończącego kurs. Ciekawe. A pozatem to właśnie siedzę w barze i próbuję wysłać to coś w świat. I muszę przyznać, że chyba te włoskie kafejki mają w sobie to coś. Jak kiedyś będe bogatszy to będe tu częściej przychodził. Czy to nie dziwne, że smakuje mi tu kawa, choć kawy nigdy nie pijam?

Z wiczora... Poszli my na koncert. Muzyki klasycznej. Gwiazdami wieczoru byli utalentowani studenci, więc wstęp był za darmochę. Stąd też nasza decyzja:)
I choć w 90% były to śpiewy operowe, to fantastycznie się żeśmy wszyscy zrelaksowali. Praktycznie od początku kursu czas pomyka w tak szalonym tempie, że okazało się to najwyższą przyjemnością, by usiąść i przez godzinę nie robić nic innego jak słuchać.


Komentarze (0)
Komentuj

Dzień 18

2009-08-20

No to wpadłem jak (...) w (...). Dwukrotnie. Nie. Trzykrotnie.
Miałem dzisiaj 6 godzin zajęć i 2 godziny dodatkowe (dla kujonów). Pomiędzy nimi godzinę przerwy.
Per prima volta. Obecnie panują (ponoć) rekordowe upały. Nie wiem dokładnie ile jest ale co dzień dużo ponad 30. W związku z tym klimatyzatory w naszych salach jadą na pełnych obrotach. No i dziś moje gardło przegrało tę walkę. Myślałem że nic mnie nie jest w stanie ruszyć. Codziennie wypijam litry wody prosto z lodówki, siedzę w tych zmrożonych salach i nic. A jednak.
Per seconda volta. Miałem między zajęciami godzinę przerwy. W trakcie największych upałów. Trochę mało, ale wystarczająco by skoczyć i załatwić kilka spraw na mieście. Okazało się że jestem "molo stupito". Wszystkie sklepy były zamknięte, a ja zrobiłem kolejne kilka km w największym upale. Pamiętajcie by nie robić zakupów w czasie ichniej sjesty. Można co najwyżej pizze zjeść o tej porze.
Per terza volta. Zgodnie z życzeniem braciszka obstawiłem dzisiaj totka. Ponieważ rachunek prawdopodobieństwa nie pozostawia wątpliwości, że każda kombinacja 6 liczb ma takie samo prawdopodobieństwo na wygraną, obstawiłem swoją ulubioną kombinację, czyli 1,2,3,4,5,6. Świetnie również bawiłem się tworzeniem różnych wzorków wybierając liczby. Kończąc zajęcia po 17 i idąc na niemiecki obiad na 19 miałem jakąś godzinę czasu wolnego. By jednak braciszek wiedział, jakie numery uczynią go milijonerem, polazłem do pobliskiej kafejki by wysłać mu owe numery. Wyzbyłem się dwóch paździochów na sok tylko po to by się dowiedzieć, że dziś Internet nie działa, bo ktoś gdzieś coś robi (!?). No więc siedzę i piszę bo i tak nie mam nic lepszego do roboty.
Ale i tak dzień jest pikny. Bo jutro okaże się tak samo biedny jakem dzisiaj. Wyobrażacie sobie jakim koszmarem było by życie ze 150 bańkami na karku?


Komentarze (0)
Komentuj

Dzień 19

2009-08-21

Katastroffen! Moje gardło popełniło rytualne samobójstwo i namówiło do tego inne czuonki. Wracając z zajęć podczołgałem się do apteki, gdzie jako ostatnie samobójstwo popełniło moje serce... gdy dowiedziało się od uszu ile kosztować będzie ożywienie gardła. No tak więc dzień minął na umieraniu. Wieczorem wszystkie dzieci się bawili na mieście a ja zostałem w domu. I dobrze!


Komentarze (0)
Komentuj

Dzień 20

2009-08-22

Murzyńskie leki za milion paździochów zaczynają działać. Obudziłem się ze znacznie znośniejszym bólem. I już nie miałem gorączki. Miałem siły, więc niczym Robinson Crusoe przyrządziłem sobie rosołek, a nawet wybrałem się na zakupy. Sto mil od domu znalazłem rzeźnika. Znaczy się, że nadchodzi kolejny polski obiadek:)
Penso, che gia conosco piu che cinquecento paroli italiani! Ciao bambini!


Komentarze (0)
Komentuj

Dzień 21

2009-08-23

Czy czaicie że to już prawie koniec?! Wyjazd, na który czekałem miesiącami i którego się tak obawiałem minął jak jeden nieco dłuższy dzień. No ale com widział i kogom poznał i com się nauczył to moje.
W czwartek po egzaminach, nie czekając na wyniki zabieram się z mamką i ekipą z jej pracy, która właśnie tego dnia wraca do Polski. Fajnie bo zaoszczędzę jakieś 80 paździochów na bilet. Szkoda tylko bo w czwartek po egzaminach zapewne wszyscy będą się bawić do rana albo i jeszcze dłużej:)
A gardło mnie już prawie nie boli. Może nawet ośmielę się dzisiaj wyjść gdzieś z wiczora.


Komentarze (0)
Komentuj

Dzień 22

2009-08-24

Odebrałem też dzisiaj długo oczekiwane maile. Fantastycznie jest poznać choć trochę waszej obecnej rzeczywistości. Najbardziej rozbawił mnie mail od mojego brata. Za jego pozwoleniem zamieszczam go poniżej:

senkju !

wyslij tylko koniecznie te losy do Zygmunta ok? on kase juz mi dal, przeleje ci w pon - wt, 10 eurasow swoja droga to to ich "chybil trafil" jest poprostu beznadziejne i nie dajace szans zbyt duzych.. musi byc tam bardzo madryyyy algorytm... typu SZITATSU.. :)
jak by my wiedzieli to by my sami sobie swoje cyfry poobstawiali
kto to widzial panie zeby chybil trafil obstawilo wynik 123456...
LIPA makarioniarska - ni qmam jak oni sobie tam zyja w tym makaronlandzie i sie na takie LIPY nie buntuja
moze z goraca tak czlowiekowi sie automatycznie robi WSZYSTKO JEDNO !?!?
w k razie serdecznie dziekujemy sa pomoc milemu panu !!! :)
a. - ty te kupony obstawiles dnia 20.08 przed godz 20 tzn pzred losowaniem z dnia 20.08 tak??

A..
no wiec w zwiazq z GUPIM algorytmem SZITATSU to ja bym prosil jeszcze o co jakis czas obstaiwanie dla pawelka po jednym losie (jezeli nie masz 4 km do tej qlektury) za pol ojra ok? - oczywiscie bez zadnego wysylania kuponow do PL itp..
poprostu napisz mi ktorego o ktorej godzinie obstawiles dane 6 cyfr ok?

no bo ja rozumisz musze miec te myljony bo na rachunek za telefon mi nie styklo.. chyba zrozumiale. moje numbery to *,*,*,*,*,*

ja ci to przeleje razem z zygmuntowymi piniondzammi

ciało
pozdrawiam qlege



Dopo un po'... Dobrzy ludzie zorganizowali nam dzisiaj fantastyczną wycieczkę do pobliskiej mieściny o nazwie Bevagna. Co ciekawe - niegdyś mieszkało tu ponad 20000 ludzi, dzisiaj nie więcej niż 500. Powód? Przez miasto przebiegała bardzo ważna droga z Rzymu do Rimini. Po kilku stuleciach, wybudowano nową drogę i miasto zaczęło pustoszeć. Taki psikus:) Mieliśmy to szczęście łazić po mieście z przewodnikiem. Albo gość bardzo sprytnie dobierał słowa, albo ja jestem taki dobry (pewnie to drugie:), ale wszystko rozumiałem. Na koniec wycieczki odwiedziliśmy dom stylizowany na epokę średniowiecza, gdzie mogliśmy za friko zjeść średniowieczną kolację. Wow! Nie wiem, czy szwedzki stół pasuje do tej epoki, ale mi pasował bardzo, bo można było spróbować chyba z 20 różnych anticznych potraw. Jeśli to co nam podali było wierną kopią potraw średniowiecznych, to dobrze się żyło tym cwaniakom. I nie było makaronu (woo hoo!).


Komentarze (0)
Komentuj

Dzień 23

2009-08-25

Jutro ostatni dzień nauki. Ale kicha.
Jeśli miałbym jeszcze raz wybierać, czy jechać na kurs do Perugii, nie zastanawiałbym się ani chwili. Strasznie szkoda rozstawać się z tymi wszystkimi dzieciakami. Ale jedna myśl bardzo mnie pociesza. Rozjeżdżamy się po wszystkich najważniejszych miastach, więc jeśliby tylko utrzymać kontakt, można mieć darmowe spanie, przewodnika i pomoc gdziekolwiek się pojedzie:)
Jeśli studiowanie w Turynie będzie taką przyjemnością jaką jest tutaj, będę najszczęśliwszym trochimem na świecie:)
A wiczorem... przychodzą do mnie znajomi na polską kolację. Życie jest piękne.


Komentarze (0)
Komentuj

Dzień 24

2009-08-26

Dzień dzisiejszy w swej naturze nie mógł być niczym innym jak sajgonem. To głupie, ale wszędzie gdzie jestem jest dokładnie tak samo. Londyn, Leicester, teraz Perugia. Przez całe tygodnie nie znajduję czasu by pewne rzeczy odkryć, a gdy dzień wyjazdu jest już bardzo blisko, to dziwnym zbiegiem okoliczności przypominam sobie o niezrealizowanych planach. W przeddzień wyjazdu chciałem odwiedzić wszystkie okoliczne muzea, przejść się jeszcze raz uliczkami starówki, zajrzeć do kilku kościołów - tak innych od polskich. Chciałem przede wszystkim odwiedzić wszystkich ludzi, którzy stali się dla mnie bliscy i pożegnać się nie wiadomo na jak długo. Oczywiście miałem dziś normalne zajęcia, a przecież trzeba było przygotować się do egzaminu i dobrze się wyspać.
Udało mi się zrealizować połowę tych planów, a i tak ledwo to przeżyłem. Całe szczęście, że zaszliśmy jeszcze do naszej ulubionej gelaterii. Lodów tak dobrych i o tak wielu smakach jak w Perugii nie jadłem nigdzie. Oby Turyn miał pod tym względem też coś do zaoferowania...


Komentarze (0)
Komentuj

Dzień X

2009-08-31

Ech nie ma to jak własny Zenit. Mój słodki baby Zenit nie zabrał się ze mną do Perugii ze względów na limity wagowe. Teraz kombinuję jak koń pod górę by pozyskać zdjęcia od innych. Zapisałem się nawet (?!) na Fecebook'a by ściągnąć grupowe zdjęcie z naszą Professoressą. No ale na facebooku nie chcą mnie jakoś przyjąć do naszej erasmusowej grupy. Katashtroffen!
Do dzisiaj nie opublikowałem ostatniej części tego notatnika bo czekałem właśnie na to upragnione zdjęcie. Ale trudno. Jak będzie to wkleję. Ciao bambini!